Zacznij grać na perkusji!


Żywiołak, Wataha Drums, Z takich projektów możemy kojarzyć dzisiejszego gościa. Artystka perkusyjna oraz… około-perkusyjna. Nie boi się również pracy sesyjnej. Teraz dodatkowo zabiera nas wszystkich w perkusyjną podróż dookoła świata. Szkocja, Szwecja – a niedługo Nowa Zelandia…

Z naszej rozmowy dowiesz się:

➣ Jak zaczęła się muzyczna przygoda Patrycji?
➣ Czy w klasach perkusyjnych serio nie można grać na zestawie?
➣ Jak poradzić sobie jako perkusista w podróży?
➣ Co robić, gdy masz ochotę kreatywnie się wyżyć – a nie masz w pobliżu zestawu perkusyjnego?
➣ Jak zagrać porządne perkusyjne solo?

Podcast: Otwórz w nowej karcie
Dostępne również na: Spotify YouTube RSS

SPRAWDŹ SOCIAL MEDIA PATRYCJI:
Instagram
YouTube
Facebook

Marcin Dubowski:
Cześć, Patrycja! Co słychać?

Patrycja Wojkowska: Cześć! Przygotowuję się teraz do podróży. Za 2 tygodnie ruszam do Nowej Zelandii. Fajnie tutaj z Tobą się spotkać, Marcinie. Bardzo dziękuję za zaproszenie i za pomysł tej rozmowy. Mam nadzieję, że będę mogła coś ciekawego i wartościowego przekazać – i sama się zainspirować.

Marcin Dubowski:
No to co, Patrycja? Przede wszystkim na samym początku – jak to się w ogóle stało, że zasiadłaś za perkusją?

Patrycja Wojkowska: Historia jest troszeczkę skomplikowana. Mój ojciec grał na perkusji w heavy metalowym i punkowym zespole Wychowałam się na klasycznej muzyce rockowej. Zawsze podkradałam mu pałeczki z szafy i grałam na takiej dużej żółtej piłce. Mama chciała mnie wysłać do szkoły muzycznej pierwszego stopnia. Jednak z racji tego, że od dziecka jestem strasznie nieśmiała i wstydliwa – nie poszłam. Trochę się zbuntowałam.

Później zobaczyłam zespół Evanesence. To była moja taka młodociana inspiracja muzyczna. Zapragnęłam śpiewać. Chodziłam na lekcję śpiewu. Założyłam sobie taki zespół wczesno-gimnazjalny. Poszłyśmy z dziewczynami do studia nagrań. Stanęłam z tym mikrofonem. Już miałam zacząć nagrywać – po czym powiedziałam, że nie dam rady. Gula w gardle. Koniec, nie zaśpiewam – wstydzę się. W kącie stała perkusja nakryta prześcieradłem.

Właściciel studia ją i odkrył i mówi „Zobacz. Widzę, że Cię tak ciągnie w ten kąt”. A ja mówię „Tak! To jest miejsce dla mnie.”. Będę mogła się zakryć. Będę mogła robić swoje. Będę miała swój parawanik i będę mogła się jakoś artystycznie wyrazić. Ta perkusja do mnie wróciła – a 2 tygodnie później byłam już w szkole muzycznej na egzaminach wstępnych.

Marcin Dubowski:
Fajnie! No i jak wyglądała nauka w szkole muzycznej? Pytam, bo często spotykam się z dość skrajnymi emocjami co do tego tematu. Niektórzy mówią „Nigdy więcej”. Inni mówią „Super czas! Tyle się nauczyłem!”. Jak to było u Ciebie?

Patrycja Wojkowska: Powiem tak. Są plusy i minusy. Ja wyniosłam ze szkoły bardzo dużo. Chciałabym właśnie pozdrowić mojego nauczyciela – Pana Krzysztofa Brynka. Miał słuch absolutny. Tutaj nie było „zmiłuj”. Zawsze gdy czegoś nie dostroiłam, było „Skup się. Trzeba chwilę popracować nad brzmieniem”. Współpraca z panem Krzysztofem bardzo poprawiła moją wrażliwość na dźwięk i strojenie.

Jeśli chodzi o teorię – uważam, że w szkołach muzycznych za bardzo przykuwa się do tego wagę. Są takie przedmioty – wypełniacze czasowe. Zupełnie niepotrzebnie – tak nawet twierdzą sami nauczyciele. Ten program bardzo męczy uczniów. Są tak przemęczeni, że później nie mają czasu i skupienia na ćwiczenie. Przeważnie treningi są w godzinach wieczornych. Pamiętam, że i ja siedziałam w szkole od 8:00 do 20:00 – wcale nierzadko. A przecież mamy akademie muzyczne. W szkole muzycznej możemy nabrać podstaw – a na akademii rozwijać tę naszą zajawkę.

Więc minusem było to przebodźcowanie.

Marcin Dubowski:
No właśnie często spotkałem się z czymś takim, że ktoś poszedł do szkoły muzycznej – a za zestaw perkusyjny usiadł może 2-3 razy. Czy u Ciebie było podobnie?

Patrycja Wojkowska: 3 dni temu odwiedziłam moją szkołę muzyczną po latach. To było niesamowite spotkanie. Zapytałam, ilu jest obecnie perkusistów. Niestety przez reformę szkolnictwa w klasie perkusyjnej są dwie osoby – starszaki na drugim stopniu. Na pierwszym stopniu jest chyba trzech chłopaków. To bardzo mało. Za moich czasów było dwunastu perkusistów.

I tam się działo! Faktycznie łoiliśmy na tych zestawach. Obok nas salkę mieli wokaliści – narzekali na nas. Muszę przyznać, że byliśmy bardzo niesforni. Ciężko było nas ułożyć – ale cóż. Trzeba było ćwiczyć!

W końcu założyliśmy własny zespół perkusyjny. Ktoś grał na zestawie. Ktoś na marimbie lub ksylofonie. Jakieś przeszkadzajki. Po prostu się działo. Jeśli chodzi o lekcje na zestawie – niestety jest deficyt. Dzieciaki narzekają – nie mogą grać, tylko muszą cisnąć klasykę. Ja też na to narzekałam. Mieliśmy dwa zestawy. Na salce można było grać, jeśli ktoś wyraża zainteresowanie. Nasz dyrektor szkoły sprowadzał perkusistów z Wrocławia, z Wałbrzycha na konsultacje indywidualne – na zestawie lub werblu.

Było to dość otwarte. Ostatnio też pytałam mojego nauczyciela, czy wprowadzili elementy zestawu. Powiedział, że wszystko idzie ku dobremu. Starają się wolny czas wygospodarować na zestaw – jest nadzieja!

Marcin Dubowski:
Ale to chyba tylko dowodzi temu, że „Kto pyta – nie błądzi”. Dopóki sam uczeń nie wyjdzie z inicjatywą, może być różnie. I podejrzewam, że Ty z tą inicjatywą wychodziłaś.

Patrycja Wojkowska: Tak. Program jest programem. Aby zdać egzamin – gra się na instrumentach klasycznych. Jednak jeśli ktoś naprawdę wyraża chęć i ma zacięcie, można także dyplom zdać na dodatkowym instrumencie w postaci instrumentu perkusyjnego. Jest to brane pod uwagę do ogólnej oceny ukończenia szkoły.

Marcin Dubowski:
Miałem właśnie pytać. Mówiłaś, że Twój nauczyciel miał słuch absolutny. Widziałem Twoje nagrania z Żywiołaka, jak grasz na tych płaskich bębnach… zapewne Traps… Skąd ten wybór?

Patrycja Wojkowska: Przyznaję, że jestem zwolenniczką tradycyjnych bębnów. Akurat granie na Trapsach to był mój wybór, tylko lidera zespołu. Chodziło przede wszystkim o transport. Ja byłam perkusistą dojeżdżającym. Wszyscy z Żywiołaka byli tamtejsi – środowisko warszawskie. Ja wtedy mieszkałam w Krakowie. Dojeżdżałam co tydzień. Dysponuję jednym zestawem perkusyjnym. Ciężko by mi było non-stop wozić. Często dojeżdżałam Bla Bla Carem, czasem pociągami.

Wyobrażasz sobie, jakby to było wozić cały set perkusyjny. Zainwestowałam w nową stopę przy okazji współpracy z Czarcim Kopytem. Woziłam ze sobą talerze perkusyjne. Kiedy nie miałam jakichś nagrywek w studio, zostawiałam je w Warszawie. I stąd te Trapsy. Nasza realizator dźwięku ma świetną znajomość całej tej techniki. Muszę przyznać, że dzięki temu te bębny naprawdę fajnie brzmiały na żywo.

Jedyne, co miałam z normalnego zestawu, to centrala. Była bez przedniego naciągu. Mikrofon wkładaliśmy wewnątrz bębna basowego. Robiło to fajną robotę. Dźwięk był taki bardziej przestrzenny, klimatyczny.

Marcin Dubowski:
No właśnie tak się zastanawiałem – czy wybór wynikał z logistyki, czy ze specyficznego brzmienia.

Patrycja Wojkowska: Pierwszy wybór to faktycznie logistyka. Później realizator, który bardzo lubił te brzmienia. Tak długo się z tym bawiliśmy, że wypracowaliśmy ten zadowalający styl.

Marcin Dubowski:
Apropos tej świadomości brzmienia – myślę, że masz tu trochę do powiedzenia. Perkusja jest dość trudnym instrumentem pod kątem logistyki. To powoduje, że czasem nie mamy, jak się kreatywnie wyżyć na TU I TERAZ. Nie mamy niczego pod ręką.

Ty korzystasz z różnych instrumentów około-perkusyjnych. Jakie są to instrumenty? Co można z nimi ciekawego zrobić?

Patrycja Wojkowska: O rany! Bardzo głęboki temat, ale płyńmy z prądem. Mam właśnie pod ręką parę różnych ciekawostek. Cały pomysł na te wszystkie perkusjonalia zrodził się przez współprace z Wataha Drums. Chciałaby pozdrowić i podziękować naszemu szefowi Watahy – za to, że tak mnie inspiruje. Jest niesamowitym kompozytorem, muzykiem i perkusistą.

To on tchnął we mnie tego folkowego ducha. On gdzieś tam zawsze był, ale to przy Watasze się przebudził. Zaczęło się od tank drumów – tego mojego nieszczęsnego żelastwa. Są one mniejsze niż zestaw perkusyjny. Jest to instrument robiony na zamówienie. I to z recyklingu. Kolega poszedł na złomowisko i przetopił to, co tam znalazł. Niesamowity artysta.

Jeden tank drum waży 2,5kg. Razem to 5-6kg. Zamówiłam sobie do nich pokrowiec. Jeśli Was to interesuje, jest taka Spółdzielnia Kaletnicza SKORPIONS. Robią właśnie takie pokrowce świetnej jakości – usztywniane, na kółkach, z rączką. Robią wszystko, co sobie zażyczysz.

Dzięki temu są bardziej znośne w podróży. Zwłaszcza, że nie wymagają specjalistycznego nagłośnienia. Są jedynie dość uciążliwe, jeśli chodzi o alikwoty. Na nich trzeba już umieć grać. Polecam zacząć grać w celach medytacyjnych. Niesamowity instrument. Ciepło brzmiący instrument, idealny do relaksacji.

Zmieści się w samolocie na siedzeniu. Zwykle wykupuję dodatkowe miejsce w obok siebie. Stewardessa podchodzi i się uśmiecha. Mówię „This is my baby”. W przyszłym tygodniu wyjdzie nowe wideo ze Szkocji.

YouTube player

Nagrywałam również w Szwecji. Tam było ciężko. Trzeba było się dotarabanić do jaskini lodowej. Szliśmy pod górę po lodzie. Nagrywałam to Iphonem. Ściągnęłam sobie taką apkę, która nagrywa w stereo. Oczywiście wszystko po ustaleniach z realizator, czyli Natalią Basak. Współpracowaliśmy w Żywiołaku i rozumiemy swoje potrzeby. Również ją serdecznie pozdrawiam.

Wytłumaczyła mi, jak ustawić, żeby było dobrze. Także wideo ze Szwecji jest nagrywane telefonem komórkowym! Co do reszty instrumentów – korzystam z wielu. Janczary, tamburyn, kopytka. Czasem dostaję jakieś nawet od znajomych – wiedzą, że mam taką zajawkę. Ostatnio właśnie dostałam kopytka z Peru – ręcznie robione. Raz jakieś grzechotki z Brazylii. Takie rzeczy można spakować w plecak, zabrać w podróż i nagrywać – choćby dla siebie.

Później warto znaleźć jakieś pomieszczenie, gdzie nie ma szumów. Można to zebrać właśnie przez taką aplikację do nagrywania stereo. Gdy nagrywam tank drum, robię też taki namiot – jak za dzieciaka. Brało się krzesła, zawieszało się koce. To pozwala na wytłumienie wszystkich zewnętrznych bodźców np. gdy przejeżdża samochód.

Dlatego taki namiocik jest niezbędny. Buduję taką konstrukcję. Chowam się, jak taki gnom. Wstrzymuję oddech i nagrywam sekwencję. Teraz jadę do Nowej Zelandii. Tank drumów niestety nie biorę – będzie mi trochę za ciężko. Tym razem jadę też sama. Do tej pory towarzyszył i pomagał mi mój mąż. Natomiast tym razem biorę ze sobą elektroakustyczną kalimbę. Zainwestowałam w interface Focusrite, więc będę mogła się podpiąć kabelkiem.

Tank drumów niestety nie produkuje się elektoakustycznych, więc do nich zamierzam zainwestować w jakiś przenośny mikrofon do iPhone’a. Także można kombinować i to całkiem niedrogo. Nie trzeba mieć do tego fury sprzętu.

Marcin Dubowski:
No właśnie chciałem doprecyzować. Czyli nagrania z iPhone’a tworzyłaś zestawem „iPhone + Aplikacja” – bez żadnych dodatkowych mikrofonów?

Patrycja Wojkowska: Wystarczyło się schować pod tym namiotem. Oczywiście powtórek było więcej niż w studio. Z tym, że tank drumy są dość uciążliwe w studio. Naprawdę wolę je nagrywać pod tym moim „namiotem”. W studio pochylam się nad tymi moimi tank drumami. Mikrofony ustawia się dość blisko, są bardzo czułe. Kiedy ruszasz rękami, pocierasz również ubraniami. Mikrofon wszystko wyłapuje. Dlatego wychodzi, że w studio najlepiej jest je nagrać… w stroju kąpielowym.

Marcin Dubowski:
Powiem Ci, że dość mocno się utożsamiam. Sam nagrywam do swojego Perkusyjnego Kursu Online sporo treningów perkusyjnych. Mam przypięty mikrofon krawatowy – słychać w nim wszystko. Oddychanie, przełykanie śliny… burczenie w brzuchu. Później staram się wyeliminować.

Patrycja Wojkowka: Przynajmniej jest to naturalne. Apropos tego łączenia instrumentów – ja staram się łączyć perkusjonalia z zestawem. Na przykład na hihat założyłam sobie te kopytka z Peru. Oplotłam sobie naciąg od werbla janczarami. Gdy gram rim-shoty, bardzo ładnie się odzywają. Kiedyś miałam też taki patent… Nagrywałam jeden cover. Włożyłam splasha i łańcuch między dolny naciąg, a sprężynę. Powstało takie bardzo mechaniczne brzmienie. Było to cover dubstepowy. Świetnie to pasowało.

Kombinujcie ze wszystkim, co macie pod ręką. Nigdy nie wiecie, co Wam wyjdzie. Czasem nie macie instrumentu pod ręką, a macie jakąś zajawkę. Muzyka jest wszędzie. Można wykorzystać nawet samego siebie. Klaśnięcie, coś zrobić z gardłem. Gdy nagrywałam film w Szwecji, brakowało mi bębna obręczowego. Myślę „Kurczę, potrzebuję tego bębna”. Ma być to takie etniczne, folkowe. Wikiński klimat. Mała wieś. Weszłam do tej jaskini. Było zimno, a miałam rękawice puchowe. Uderzyłam i zaczęłam klaskać. Na tych wszystkich wideo staram się pokazywać, jakich przedmiotów używam – żeby było to właśnie autentyczne. Żeby nie było, że gram sobie na rękawiczkach puchowych – a w studio jest nagrany bęben. To nie jest tak. Może nie brzmi to do końca idealnie – ale jest moje.

Tak samo raz zabrakło mi dzwoneczków. Mówię „Ojej. Co teraz?”. A w pokrowcu miałam łapacz snów. Miał on wypuszczone muszelki. I już można grać. To jest instrument. Wszystko jest muzyką.

Marcin Dubowski:
No w zasadzie wchodzimy w taki temat, jak geneza muzyki. Przecież ci ludzie tysiące lat temu nie mogli sobie od tak pójść do sklepu perkusyjnego. Również szukali.

Patrycja Wojkowska: Tak. W zeszłym roku nagrałam dwie płyty. Jeszcze się nie ukazały. Ukażą się niebawem. Jedna z Żywiołakiem. Druga z takim projektem o nazwie Skogsalver. Taki projekt inspirowany szeroko pojętą kulturą skandynawską i chińską. Mieliśmy tam takie dziwne rozwiązania. Graliśmy na jakichś drewnach, kościach. Koleżanka, liderka ma jakąś swoją kolekcję poroży jeleni znalezionych w lesie. Bardzo taki pierwotny efekt. Jakieś wojaczki, jak biją się na polach.

A ja hobbystycznie strzelam z łuku. No i właśnie mam taki łuk bloczkowy. W tym projekcie był taki totalny sound design. Uderzałam metalem o metal, aby uzyskać dźwięk kowadła. Wykorzystałam również właśnie ten łuk. Naciągałam cięciwę i puszczałam ją. Dzięki temu nie trzeba było się później bawić z tym w post-produkcji. A ja lubię ułatwiać pracę realizatorowi. Jestem zwolennikiem, żeby się dobrze przygotować do studia.

Marcin Dubowski:
Kiedyś słyszałem, że Hunter nagrywał płytę i skorzystali z ciekawego patentu. Rzucili sztućcami o ziemię i później to nagranie odwrócili. Również ciekawy pomysł.

Patrycja Wojkowska: Tak, dokładnie! W Wataha Drums korzystaliśmy z dużej ilości takich tricków. Graliśmy kiedyś taki spektakl do wierszy Herberta. Muszę przyznać, że był to jeden z najlepszych występów w moim życiu. Pomijam fakt bodypaintingu i przebierania się – bycia aktorem na scenie. Mieliśmy różne choreografie i sceny do odegrania.

Graliśmy na miskach z wodą, właśnie sztućcami – wszystkim, co było pod ręką. Graliśmy nawet z widownią. My wydawaliśmy jakieś dziwne dźwięki. Oni nam odpowiadali. Taki kontakt z publiką jest na wagę złota!

Marcin Dubowski:
Super. To pójdźmy teraz w nieco innym kierunku. Tematy techniczne dotyczące nauki gry na perkusji. Jak pracowałaś (i pracujesz) nad swoim warsztatem technicznym? Z czego korzystałaś, czy korzystasz w tym momencie?

Patrycja Wojkowska: To kolejny bardzo głęboki temat. Zawsze miałam problem z usystematyzowaniem tego. Mam swoje ćwiczenia. Tylko zawsze miałam problem, co wybrać. Materiałów jest dużo. Jest mnóstwo świetnych perkusistów, od których możemy się uczyć. Kiedy zaczynamy, dobrze jest mieć osobę, która nas poprowadzi. Wpuści to światełko do tego ciemnego tunelu. Wskaże potencjał – w czym jesteśmy mocni, a w czym słabsi. Co możemy usprawnić?

Dajmy przykład. Bycia praworęcznym i prawonożnym perkusistą – pracujemy wtedy sporo nad lewą ręką, która z założenia jest trochę słabsza.

Zanim poszłam do szkoły muzycznej, szukałam po swojemu. Potem przyszła ta szkoła i zaczął się konkretny program. Techniki werblowe, wszystkie style trzymania pałek. Granie marszówek, więc ta technika sama z siebie przychodziła – miałam konkretny program do nauki. Potem postanowiłam, że będę doskonalić swój warsztat pod okiem innych perkusistów. Chodziłam na konsultacje, zbierając przeróżne doświadczenia. To bardzo pomogło określić drogę, którą chciałabym podążać. I to dało mi o wiele więcej.

Wybierałam różnych perkusistów – jazzowych, metalowych, punkowych, popowych. I tak sobie gdzieś dryfowałam. Często słyszałam „Ty to chcesz tak wszystko na raz – a to się tak nie da”. No i tu właśnie miałam problem. Gdy skończyłam studia, zaczęłam pracę. Jestem grafikiem z wykształcenia. Pracuję jako grafik. Budzik 6:00 rano. Wstajemy. Zaczynamy dzień od jogi perkusyjnej. Zapalam sobie jakąś świeczkę. Puszczałam sobie jakąś muzykę relaksującą – bez perkusji.

Później takie materiały jak Stick Control, Accents And Rebounds. I oczywiście The Language Of Drumming Benny’ego Greba. Benny Greb jest jedną z moich największych inspiracji. Joga bardzo mi pomaga w przygotowaniu się do treningu perkusyjnego. Ale żeby przerobić jakąś książkę od deski do deski – to chyba przeczytałam tylko te trzy, które wymieniłam.

Raz byłam na campie z Clausem Hesslerem. na Open Minded Drum Camp. Świetny camp. W ogóle Claus – fantastyczny nauczyciel. Pięknie przekazuje wiedzę. Odwołuje się do różnych około-perkusyjnych tematów. I polecał właśnie taką książkę Daily Drumset Workout. Jest bardzo fajnie zrobiona.

Ważne też jest, czego aktualnie potrzebujemy danych ćwiczeń. Fajnie jest grać paradiddle w tempie 200BPM. Ale jeśli tego w danej chwili nie potrzebujemy, to po co teraz to cisnąć?

Marcin Dubowski:
No i łączą nam się teraz dwa fajne wątki. Muzykalność i warsztat techniczny. W Żywiołaku grałaś dość sporo solówek perkusyjnych. W związku z tym spiąłbym to jednym pytaniem.

Twój przepis na dobrą solówkę perkusyjną?

Patrycja Wojkowska: Dobra. To powie to osoba, która nie przepada za graniem solówek. To jest taki paradoks. Chyba każdy perkusista Wam to powie. I to taki, który gra solówki – „Ja nie lubię grać solówek!” 😀

Marcin Dubowski:
To się zgadza! 😀

Patrycja Wojkowska: Tak! A gdy już siada, to jest flow – jedziemy! Dobra, ale tak turbo serio. Kawa na ławę. Faktycznie średnio lubię solówki. Po prostu wstydzę się, że się pomylę. Że ktoś oceni „No beznadziejnie gra.”. Chyba każdy z nas artystów to przeżywa. Wykolejenie się z rytmu jest raczej naturalnym procesem.

Jesteśmy tylko człowiekiem – i tak staram się to sobie wytłumaczyć. Mój przepis na solówkę jest taki, żeby po prostu… uwierzyć w siebie. Tylko „po prostu” – i aż „po prostu”. Mi to pomagało. Na pewno ćwiczycie. Robicie to umiejętnie, świadomie. Jeżeli jesteście już na jakimś poziomie zaawansowania, czy wtajemniczenia – to uważam, że potraficie.

Wszystko siedzi w głowie. Taka solówka nie musi być jakaś bardzo poukładana. Ja na przykład miałam tylko jeden patent wejściowy – wyuczony. I to dlatego, że to była solówka wewnątrz utworu. Musiałam wejść do tej solówki w odpowiedni sposób – żeby zespół wiedział. Dalej była czysta improwizacja. Nigdy nie uczyłam się solówek na pamięć.

To tak, jak sytuacja, że jesteś wzrokowcem albo słuchowcem. Nie nauczysz wzrokowca bycia słuchowcem. Pewnie jakoś się da, ale nie będzie to naturalne. Więc ja szłam za tym, co mi idzie najlepiej, czyli… zabawa z publiką. Kiedy publika krzyczała „Graj!” – ja specjalnie robiłam na złość i schodziłam do piano.

Uwielbiam bawić się dynamiką. Grałam w rockowych zespołach. Bardzo lubię rocka. Uważam, że to fantastyczny gatunek muzyczny. Grałam go i byłam za to krytykowana. Miałam takie niemiłe przeżycia. Chciałam pokazać, że muzykę cięższą można zagrać delikatniej. Więc moje solówki to takie puszczenie oczka do słuchacza – „To teraz pobawimy się troszeczkę. Ja zagram ciszej, a Wy klaszczecie – że będzie Was słychać”.

Dlatego dużo zależało od publiki. Jeżeli widziałam, że publika była trochę drętwa, robiłam solówki krótsze. A tak czasem bywa. Publika nie chciała się bawić przy kawałkach, może nie mieli dnia. Więc solówki były krótsze, ale bardziej dynamiczne – aby właśnie ich rozruszać. A kiedy widziałam, że publika jest wkręcona w klimat, pozwalałam sobie nawet na to, aby przestać grać. Totalna cisza.

No i co dalej? Jedziemy! Wykorzystywałam to, co potrafiłam grać. To też jest ważne – żeby nie silić się na to, co jeszcze do końca nam nie wychodzi. Może się udać lub nie. Ja bym nie ryzykowała – oczywiście czasem się zdarzało i, jak to mówią, po krzyku.

Ale tak jak wspomniałam, nigdy tego nie planowałam. Kiedyś próbowałam robić to u siebie w domu, ale powodowało to tylko frustrację. I ważna rzecz. Każdy swój trening nagrywam. Polecam się nagrywać, odsłuchiwać. Czasami się wydaje, że gramy coś super – potem okazuje się, że jest krzywo. Albo na odwrót.

Pewnie też tego doświadczyłeś. A więc solówka dla mnie to nie popis umiejętności. Solówka jest dla publiki. Publika ma poczuć, że jedziemy razem na tym wózku. Robimy razem przedstawienie. Staram się zachować też wszystko w klimacie. Gdy gram w Żywiołaku, staram się dopasować to do Żywiołaka. Te solówki są proste, z feelem, bez chopsów. Nie mam nic do chopsów – lubię je grać. Tylko trzeba je wyczuć. Nie wiem czy w Żywiołaku one by przeszły. Nagle gram, jak Chris Coleman – chyba by to nie siadło, prawda? Choć jestem też ciekawa Twojej opinii, Marcinie.

Marcin Dubowski:
To chyba zależy. Znowu – zapewne warto by to było nagrać i sprawdzić. Swoją drogą przeramowałaś mi trochę myślenie na temat solówek – mniej jest to gra techniczna, a bardziej psychologiczna, prawda?

Patrycja Wojkowska: Tak, dokładnie.

Marcin Dubowski:
Apropos tego nagrywania. Ostatnio nagrywaliśmy z jednym uczniem jego wybrany cover. Była taka sytuacja, gdzie chciał zrobić przejście – ale wymknęła mu się pałka z rąk. Powstała taka przerwa.

Słyszałem ten błąd. On słyszał ten błąd. Jednak nagraliśmy to. Co się okazało? Świetny zabieg – ta przerwa, ten break. Nagle 10% więcej mocy przy powrocie! Gdyby nie nagrywanie, nie odkrylibyśmy tego.

Patrycja Wojkowska: Dokładnie, nagrywajcie się. Tak się rodzą wielkie dzieła. Historia sztuki wszelakiej już nie raz to udowodniła.

Marcin Dubowski:
W temacie historii i anegdot – myślę, że masz do opowiedzenia pewną historię związaną z… niedowładem nogi.

Patrycja Wojkowska: Oj, to była dość niefortunna sytuacja. Złamałam po prostu kość w prawej stopie – a jestem prawonożna. Bardzo dużo pracuję na hihacie stopą, grając z Żywiołakiem. Teraz obecnie z nimi nie gram. Musieliśmy się rozstać, bo wyjeżdżam za granicę. Mam nadzieję, że nasze drogi się jeszcze zejdą.

Wracając do tematu. Było ciężko. Złamałam tę stopę w taki totalnie beznadziejny sposób – schodząc ze schodów. Po prostu źle stanęłam i poszła kość z przemieszczeniem. Miałam dwie operacje i śrubę w nodze. A były koncerty do zagrania. Utwory nie były nagrywane na zestawie, tylko na tych barabanach i wszelkiego rodzaju przeszkadzajkach – żeby brzmiało to tak plemiennie i rdzennie. Lider zespołu zaczął śmieszkować „Wiesz Pati. Nawet dobrze się złożyło, bo i tak najbliższe koncerty chcieliśmy grać na barabanach”. Wtedy nawet nie miałam czasu na inne projekty niż Żywiołak. To akurat dobrze, bo nie musiałam nikomu odmawiać.

Jednak dojeżdżanie na koncerty o kulach, z plecakiem, w tej ortezie, z jakimiś dodatkowymi instrumentami. Było to ciężkie. Do tego dochodzi rehabilitacja. Basista wciągał mnie za fraki na scenę. Ludzie się łapali za głowę – „Co się dzieje w ogóle? Perkusista jakiś kontuzjowany”. Ale było raczej pozytywnie. Śmiesznie wspominam ten czas – jednak bałam się, że nie wrócę do gry.

Że ta stopa już nie będzie taka, jak była. A tak fajnie ćwiczyłam trójki pojedynczą stopą. Ćwiczyłam do filmików m.in. Wojtka Deręgowskiego. Tak fajnie szło – i nagle złamanie stopy. No i uziemiona na pół roku. Nie mogłam kompletnie nic grać. A w międzyczasie nawiązałam współpracę z Czarcim Kopytem. Mówię do nich, że będzie mi średnio grać na tej stopie. Zapytałam czy możemy odroczyć wysyłkę tej stopy.

Później stwierdziłam, że może dobrze się złożyło. Gdy wróciłam do formy, nauczyłam się grać na nowo stopą na tym mechanizmie. Ale ten powrót był uciążliwy – do tej pory czuję kłucie w nodze. Był moment załamki – i to poważnej.

Marcin Dubowski:
To są te momenty próby, nie?

Patrycja Wojkowska: Tak – czy wytrwamy w tym postanowieniu. Postanowieniu, że chcę grać – nawet dla siebie. To nie musi być gra zarobkowa. To jest ważne. Ta pasja. Ale były takie stany nawet około-depresyjne. Patrzyłam na perkusję i płakałam. Był brak wiary w siebie – i właśnie potem ta stopa doszła. I było ciężko. Praca psychologiczna jest również bardzo ważna.

Marcin Dubowski:
Zdecydowanie. Jest to takie powiedzenie „Rób to, co kochasz – a nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu.”. To są takie ładne hasła, ale później nie ma to za dużo wspólnego z rzeczywistością. W pewnym momencie musisz się zderzyć z tym betonem – i pytanie czy wytrwasz?

Patrycja Wojkowska: Tak, to jest prawda. Usłyszałam od zespołów, z którymi współpracowałam już tak zarobkowo… Tylko, żeby to nie zabrzmiało pejoratywnie. To pewien fakt, żadna moja opinia. Przyjaźń w zespole kończy się, gdy zespół zaczyna zarabiać. Wtedy zaczyna się stricte profesjonalna współpraca – i nie ma zmiłuj. Kiedy nawet jesteś chory, musisz grać. Kto Cię zastąpi?

Jest koncert do zagrania. Kontrakt do wypełnienia. W showbiznesie nie ma zmiłuj. To hasło, co powiedziałeś – „Rób to, co kochasz – a nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu.” – to jest bullshit! Ostatnio rozmawiałam z moją przyjaciółką, zawodową fotograf. Mówi do mnie „Pati, miałaś rację”. Rozmawialiśmy wielokrotnie z nią, czy innymi znajomymi, którzy przekuli pasję w pracę. To jest piękne. Życzę tego każdemu. Tylko gdzie jest ta granica?

Ten złoty środek, żeby się nie wypalić. Są przecież momenty, gdzie chcesz po prostu odpocząć. A musisz zagrać koncert, iść fotografować. I to już nie jest tak, że sięgasz po to, bo to kochasz – tylko to jest Twój chleb. I tak zaczyna się powolutku wypalenie. Ja tego nie doświadczyłam, jeśli chodzi o perkusję. Bardziej doświadczyłam sezonowych spadków wiary w siebie. Wiecie, te standardowe rzeczy typu „Nie umiem grać”, „Jestem do niczego”. Dlatego cieszę się, że oprócz perkusji mam tę grafikę. Nie jestem sfocusowana tylko na jeden temat. Jest ta przestrzeń. Mogę się oderwać i później wrócić z pełną werwą.

Marcin Dubowski:
Też uważam, że jest to istotne. Perkusja, jako ta praca artystyczna pobudza nam tę prawą półkulę. Ale żeby mózg dobrze działał, potrzebna jest też ta druga półkula – odpowiadająca za tematy techniczne, matematyczne.

Patrycja. Jedna rzecz, której nie robiła początkująca perkusistka, a z dzisiejszej perspektywy może byłoby warto? Co to by było u Ciebie?

Patrycja Wojkowska: Wow! Ale żeś mi pytanie zadał! „Nie wstydzić się”. Słuchajcie, to jest bardzo ważne. Kiedy idziecie do nauczyciela na lekcje i on prosi Was o zagranie czegoś – zagrajcie. Nieważne jak, ale zagrajcie. Nie blokujcie się przed nauczycielem. On Was nie oceni na zasadzie „Jesteś beznadziejny”, tylko skoryguje Cię. Pomoże Ci. Nauczyciel jest od tego, żeby Ci pomóc.

I to jest taka rada do mnie z przeszłości – i też do ludzi, którzy bardzo by chcieli, a się wstydzą.

Marcin Dubowski:
Super rada. Spodziewałem się odpowiedzi typu „Nooo mogłam bardziej przy jedynkach, czy dwójkach przysiedzieć”. Super.

Patrycja Wojkowska: Wszystko zaczyna się od głowy. Później idzie w ręce. 🙂

Marcin Dubowski:
Świetnie. No to co, Patrycja? Jakie najbliższe plany? Ja już mniej więcej wiem, bo już wcześniej rozmawialiśmy. Ale myślę, że warto by było szepnąć słówko do czytelników. Gdzie będzie można Cię zobaczyć w najbliższym czasie?

Patrycja Wojkowska: Mam taki kanał na YouTube oraz profil na Instagramie @patadrum. W najbliższym czasie będę podróżować po Nowej Zelandii. Okazało się, że nawet będę tam uczyć takiego 12-letniego chłopaczka. Liczę, że będę miała możliwość zakupienia instrumentów rdzennych, tamtejszych, nowozelandzkich – od Maorysów. Będę montować kolejne muzyczne podróże. Na tym się skupiam jako taki mój solowy projekt, do którego zapraszam też innych muzyków.

W najbliższym czasie chcę się też skupić na muzyce nowozelandzkiej, oceanicznej i zrobić swoją interpretację soundtracku do Władcy Pierścieni na tank drumach. Robię interpretacje znanych lub mniej znanych utworów z ładnymi widoczkami danego kraju. Teraz będzie to właśnie Nowa Zelandia.

Marcin Dubowski:
No także jeśli interesuje Was muzyka świata, to profile Patrycji jest to coś, co powinniście śledzić. Patrycja – wielkie dzięki, że podzieliłaś się swoją wiedzą i doświadczeniem.

W zwyczaju mam życzyć moim gościom perkusyjnego osiągania! Do zobaczenia gdzieś kiedyś – może w Polsce, może w Nowej Zelandii!

Patrycja Wojkowska: Dziękuję Ci również za przemiłą rozmowę, pytania – no i co? Również życzę perkusyjnego osiągania i rozwinięcia skrzydeł. Wszystkiego dobrego dla Twojego kanału. Trzymam mocno kciuki.

Marcin Dubowski:
Dziękuję również! Do zobaczenia w kolejnych materiałach.

Patrycja Wojkowska: Cześć! Papa!

Zacznij grać na perkusji!

Kategorie: Wywiady